Forum portalu turystyka-gorska.pl

Wszystko o górach
portal górski
Regulamin forum


Teraz jest Cz gru 01, 2022 5:09 am

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 10 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Dawno temu ....
PostNapisane: Śr sty 20, 2016 5:29 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn paź 29, 2007 8:31 pm
Posty: 3153
Lokalizacja: Nowy Sącz
Trochę zainspirowany relacją Carcassa i korzystając z wolnego czasu (jestem belfrem więc mam teraz ferie) chciałem opisać pewien wyjazd sprzed lat, dokładnie z lata 1998. Część użytkowników pewnie w tym roku jeszcze wchodziła na stojąco pod stół, więc może będzie to dla nich ciekawe, jak się wiele zmieniło przez te 18 lat. Było to po pierwszym roku mojej pracy - zarabiałem na rękę niewiele ponad 600 zł. To dla porównania cen. Cały wyjazd kosztował na osobę 1200 zł, czyli dwie moje pensje.
W portfelu miałem: słowackie korony, niemieckie marki, austriackie szylingi, franki francuskie, włosie liry i na czarną godzinę - pożyczone 100 dolarów. To i tak nie wszystkie potrzebne waluty, brakowało franków szwajcarskich i hiszpańskie peset. Z trudem zebrałem ekipę na wynajętego busa - w jej skład wchodzili koledzy i kilku juz dorosłych uczniów z liceum, w którym uczyłem - razem z kierowcą - 8 osób. Plan była taki: Wysokie Taury, Grindelwald i Zermatt, rejon Mont Blanc, Masyw Centralny, Pireneje - Gavarnie, Andora, Barcelona, Wybrzeże Lazurowe, Dolomity, Słowenia. Jak to często bywa, wiele czynników wpłynęło na częściową korektę, ale po kolei. Większość ekipy pochodziła z okolic Krynicy i Muszyny, więc ja czekałem na umówioną godzinę w Nowym Sączu. Na dzień dobry kierowca spóźnił się prawie dwie godziny, z różnych tam powodów. Oczywiście były nerwy, nikt wtedy nie miał telefonów komórkowych, dowiedziałem się tylko, dzwoniąc z budki, że wyjechał z domu o czasie. Już spóźnieni odebraliśmy ostatnią osobę z okolic Starego Sącza i wreszcie mogliśmy wyruszyć. Pierwsza granica - Chyżne, kontrola w miarę szybko i bez problemów. Zatrzymujemy się w Trstenie, zjeść ostatni normalny posiłek w ciągu kilku następnych dni - ceny na Słowacji były znacznie niższe niż Polsce, w koronach, więc pozwoliliśmy sobie na pizzę i piwo. Teraz przejazd klasyczną drogą do Austrii - czyli Żylina - Bratysława (jeszcze nie było obwodnicy, więc trzeba było przebijać się przez centrum stolicy w czasie szczytu) i wreszcie Austria. Na granicy znów kontrola, musieliśmy się wykazać odpowiednią ilością waluty, po pokazaniu zestawu różnych banknotów, wpuścili nas do swojego kraju. Dla wielu była to pierwsza wizyta w tzw. zachodzie, więc podziwiali autostrady i inne rozwiązania, ułatwiające ludziom życie. Na trasie Wiedeń - Salzburg zastał nas zmrok więc pierwszy nocleg to przydrożny postój tuż przed Salzburgiem. Z racji ciepłej nocy spaliśmy pod gołym niebem, w samych śpiworach. Rano po pobudce obudziliśmy się oblezieni przez ślimaki. Pogoda zdawała się psuć. Po porannej chińskiej zupce ruszyliśmy do pierwszego celu, który miał być zrealizowany jeszcze wczoraj - Jezioro Konigsee w Alpach Berchtesgaden. Oczywiście zaczęło lać, było wcześnie rano, co pozwoliło nam zaoszczędzić kilka marek - postój był jeszcze darmowy, podobnie rejs cichutkim statkiem po jeziorze był w niższej, porannej cenie. Zachwycaliśmy się "bawarskim fiordem", do pełni szczęścia brakowało pogody, monumentalna ściana Watzmanna była widoczna tylko w dolnej części. Zwiedziliśmy kaplicę St. Bartholoma i powrót. Pogoda robiła się coraz gorsza. Podążyliśmy wg. mapy, na najbliższe przejście graniczne, co okazało się ślepą drogą. Znów strata czasu. Już tutaj przyjęliśmy oficjalną nazwę związaną z pomyleniem drogi " kręcenie krakowiaka". Wskoczyliśmy na odpowiednią drogę do Austrii - teraz destination - Grossglockner Hochalpen Strasse. Cały czas łudziliśmy się, że chmury się podniosą - nic z tego, wrażenie z drogi - duże, ale znów deszcz i mgły przygnębiały. Znów niektórzy odczytywali tabliczki z wysokością, ciesząc się swoimi osobistymi rekordami, bo wielu z nich nie było nawet w Tatrach powyżej 2000 metrów, a my samochodem pobiliśmy wysokość Rysów. Docieramy do Franz Josefs Hoche i schodzimy na lodowiec Pasterze. Wtedy był to jeszcze porządny kawał lodu, nie tak jak dziś, pokryty wielką ilością rumoszu skalnego i umierającego przez globalne ocieplenie (byłem tam trzy razy: 1998, 2000 i 2011 - kolosalna różnica, tam, gdzie spacerowałem po lodzie przed kilkunastoma latami, teraz jeszcze kilkaset metrów do czoła lodowca). Sam Grossglockner nie pokazał nam swojego oblicza i skrył się w gęstej chmurze. Wróciliśmy z trasy z powrotem i ostatni punkt dzisiejszego programu - wodospad Krimmll. Znów kolejna oszczędność - z racji tym razem późnej pory - nie płacimy za parking i wstęp. Po obfitych opadach wodospad był jeszcze potężniejszy, nie wiem czy nie zrobił większego wrażenia niż trasa Grossglockner. Przemokliśmy do nitki, nieopatrzenie podchodząc do mgiełki generowanej przez spadającą wodę. Dalsza podróż przez Gerlos - niestety płatny odcinek i już w nocy parkujemy przed Innsbruckiem. Tym razem rozbijamy namioty schowani na postoju za tirami. Po poprzedniej niezbyt dobrze przespanej nocy, teraz sen przyszedł szybko.
Obrazek
kaplica St. Bartholma nad Konigsee
Obrazek
Wysokie Taury - widok w stronę Heiligenblut
Obrazek
Grossglockner hochalpenstrasse
Obrazek
Wodospad Krimmll
Obrazek
Wysokie Taury
Poranek był obiecujący - słońce! Mijamy Innsbruck i jedziemy znów do Niemiec, kontrole na granicy Niemiecko - Austriackiej były szybkie i bezproblemowe. W ten sposób zaliczamy szybko Ga-Pa z widokiem na skocznię i masyw Wetterstein - dopiero niedawno zauważyłem, że w cale nie widzieliśmy Zugspitze, potem znów Austria i Niemcy - tym razem zwiedzamy zamek Neuchschwenstein. Tu dopiero po raz pierwszy robimy dłuższą - powiedzmy górską trasę, podchodząc do mostu widokowego. Zasiedzenie przez prawie trzy dni w aucie, zauważyliśmy całkowity brak kondycji. Mimo słabych widoków, wczoraj skończyłem pierwszą kliszę w aparacie marki Zenit i już pstrykałem drugą. Dalsza część przejazdu to dolina Lech, Lichtenstein - tutaj też, mimo obaw wpuścili nas bez problemów do Szwajcarii. Lichtenstein minęliśmy tek szybko, że zanim znaleźliśmy dobre miejsce, żeby zrobić fotę w tym kraju, byliśmy już w Szwajcarii - kontrola była tylko na granicy z Austrią. Teraz aby nie płacić za winietę, poruszaliśmy się bocznymi drogami. Najpierw na Chur, potem w którymś miejscu musieliśmy źle skręcić, zamiast główną droga na Ilanza, jechaliśmy wąziutką szosą (na jedno auto), wykutej w półce skalnej, wysoko ponad doliną Renu, z jednej strony pionowa skała, a pod nami znów ogromna przepaść. Barierki były tylko symboliczne, zbite z drewna. W dodatku bardzo kręta, tak, że samochód z przeciwka pojawiał się znikąd, w ostatniej chwili, ktoś musiał cofać do nielicznych mijanek. Droga w ogóle nie była zaznaczona ma mapie, później znów "wrong turn" i wjeżdżamy w piękną, ale ślepo zakończoną dolinę. Rozśmieszyły nas trochę znaki na których napisane było Hallelujah, pewnie dotarliśmy do nieba. Zastaje nas tutaj piękny zachód słońca. Dopiero parę lat później, gdy już miałem dostęp do internetu odkryłem, gdzież to byliśmy - Thalkirch w Safiental. Zdziwił nas widok rolnika ze specjalnym plecakiem - bańką na mleko oraz ręcznie zbieranym sianem, znoszonym w chustach na plecach. Wyobrażenie o Szwajcarii jako o wysokorozwiniętym i bogatym państwie kontrastowało z tym obrazkiem. "Krakowiak" i powrót, udało się jakoś dotrzeć do Ilanz. Skierowaliśmy się w pierwszą leśną dróżkę nad Ren i tam robiliśmy się na noc. Baliśmy się wizyty policji, tym bardziej, że słyszeliśmy kogoś, chyba rybaka biwakującego opodal.
Obrazek
Masyw Wetterstein z GaPa
Obrazek
Mieminger Kette
Obrazek
Neuschwanstein
Obrazek
Hohenschwangau
Obrazek
Thalkirch w Safiental
Obrazek
Otoczenie Safiental
Obrazek
Droga z Chur do Thalkirch
Czwarty dzień to szybka pobudka i jazda dalej, pokonujemy dwie ponad 2 tysięczne przełęcze: Obaralppass i Sustenpass. Szczególnie imponowały serpentyny na przemian z torami kolejowymi tuż za Andrematt. Niby słonecznie, ale mgły nie pozwoliły w pełni się cieszyć widokami Alp Urneńskich z Sustenpass. Tuż obok mięliśmy lodowiec spływający z Gwachtenhorna. Teraz nad jeziorami Thuner i Brienzer do Grindelwald - cel - oczywiście zobaczyć Eiger. Tym razem pogoda pozwoliła na to, natomiast szybko zarzuciliśmy pomysł wjechania pociągiem na Jungfrajoch - cena wyniosła około 400 zł, więc 2/3 miesięcznej wypłaty! Gdy zatrzymaliśmy się na parkingu, w celu szybkiego posiłku, przejeżdżająca obok policja zainteresowała się nami, zawrócili radiowozem i przyglądali się naszym chińskim zupkom. Bez słowa, odjechali dalej. Teraz przez Alpy Berneńskie, krótki postój na Col du Pillon z widokiem na les Diablerets. Tutaj, niestety później się okazało, wypadł mój śpiwór z bagażnika. Dalej, do Zermatt. Pogoda - wreszcie ładna, zostawiamy auto w Tasch i na nogach idziemy do tego słynnego kurortu. Matterhorn jak na złość chowa się za grzbietem po prawej stronie. A przecież idąc zamiast szlakiem - główną droga - jest widoczny przed nosem. A my musieliśmy przejść powyżej Zermatt, aby się na ukazał w całości. Po powrocie kierujemy się do Francji, jest ciemno, więc po przekroczeniu granicy część rozbija się na poboczu, a jak, z racji braku śpiwora śpię w samochodzie, było zimno jak cholera. Jeszcze drugie przykre zdarzenie dnia - schowany do plecaka aparat otworzył się prześwietlając kliszę. Cały poprzedni i dzisiejszy dzień stracony.
Obrazek
Alpy Urneńskie
Obrazek
Eiger
Obrazek
Matterhorn
Poranek - cudo. Przed nosem Mont Blanc. Zjeżdżamy do Chamonix. Ja chciałem iść na le Brevent, bo byłem na Blancu, a nie widziałem go z tej perspektywy. Jednak większość chciała wyjechać na Aiguille du Midi. Zmieniłem zdanie i też skorzystałem z kolejki. Widoki oszałamiające, a cena - niewiele w przeliczeniu ponad 100 zł była bardzo konkurencyjna w porównaniu ze szwajcarskimi. Widoki oszałamiające, czyste niebo, pogoda - marzenie. Jeden z kolegów - doświadczony zimą w Tatrach wybrał się na Mont Blanc du Tacul. My zjechaliśmy i z drugim kolegą weszliśmy nie na sam le-Brevent, ale przedwierzchołek - point du le Brevent, skąd miałem upragnioną panoramę masywu. Po powrocie do Chamonix zakupiłem nowy śpiwór, nawet w dobrej cenie. Doczekaliśmy się a wszystkich, wrócił też zdobywca MB du Tacul. Opowiadał, o tym, jak ktoś pomógł mu pokonać lodowy uskok, gdyż był uzbrojony tylko w raki i dwa czekany, nie miał partnera z liną. Brak kremu z odpowiednim filtrem spowodował oparzenia skóry twarzy, na razie był cały czerwony, a za dwa dni wyglądał jak pomarszczony siedemdziesięciolatek, co było przedmiotem wielu naszych docinek. Wieczorem opuściliśmy Alpy i jeszcze zażyliśmy kąpieli w ciepłych wodach Jeziora Bourguet, gdzie porządnie wykąpaliśmy się po kilku dniach bez porządnej toalety i nocleg na dziko na jakimś pastwisku.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Masyw Mont Blanc
Dzień szósty - brak wody pitnej - zatrzymuje się w jednej ze wsi i w pierwszym - lepszym domu prosimy o nią. Bariera językowa - ale jakoś na migi i próbując wymówić aqua albo coś w tym stylu, tankujemy pojemniki. Za Lyonem mamy ładną dolinę Durolle i potem docieramy do Masywu Centralnego. Cel - Puy de Dome - jeden z wielu wygasłych wulkanów pasma. Pogoda taka sobie. Zostawiam auto u podnóża góry i idziemy szlakiem. Okazuje się, że na samą górę prowadzi droga - o czym nie wiedziałem, nie wiem czy dostępna dla samochodów, ale na pewno kursowały tam autobusy. Zakładam się z kolegami, że podniosą leżący obok duży głaz. Nikt nie przeczuwał mojego podstępu - bo był to pumeks, więc jego waga nie była taka, jak można by podejrzewać. Z podejścia ciekawe widoki na porośnięte trawami kratery, ale szczyt zasnuła chmura. Były tam pozostałości rzymskiej świątyni i radar NATO. Po powrocie pozostała jazda w stronę Pirenejów. Kilka razy mijaliśmy się z polskim maluchem na elbląskich tablicach, szacun - takim autem trzy tysiące kilometrów od domu. Nocleg na dziko, w belach siana.
Obrazek
Puy de Dome
Obrazek
Masyw Centralny
Dzień siódmy - pogoda się pogarsza, w ogromnej ulewie zwiedzamy Lourdes. Kupujemy kanistry na wodę ze świętego źródełka, a raczej rzeki, bo ilość kranów z wodą pozwala powątpiewać, że jest to z właściwego miejsca. Oburzają nas pojemniki w kształcie Matki Boskiej, gdzie odkręca się głowę, aby nalać płynu. Ciąg dalszy to miał być cyrk lodowcowy Gavarnie, ale pogoda nie daje nadziei. Postanawiamy przejechać do Hiszpanii i tam zrobić coś innego w Pirenejach. Oczywiście, nie obyło się bez krakowiaków, do dziś pamiętam, jak chciałem się w Bagneres de Luchon zapytać policjanta o drogę. Do tej pory nie spotkałem nikogo we Francji władającego angielskim. Teraz na pytanie "Do You speak English?", dostałem odpowiedź - Yes! Niestety, to było jedyne słowo, które znał w języku Szekspira. Ale udało się przekroczyć granicę. Niestety, przy zjeździe serpentynami było słychać tarcie okładzin o tarcze hamulcowe. Hamulce się skończyły. Jakoś dotarliśmy do większego miasta - Viella. W jednym z warsztatów samochodowych pytamy się o naprawę. Frenos - kaputt. Tylko taką informacje mogliśmy przekazać mechanikom, A usłyszeliśmy odpowiedź - Fiat, Renault - Ok, Mercedes - special car - hamulców brak. Trzeba czekać na następny dzień. Rozbijamy namioty poza miastem i wieczorem idziemy do jakiego baru, zobaczyć półfinał mistrzostw świata w piłce nożnej. Zakupujemy jedno wino na czterech i w ten sposób zaliczyliśmy przed telewizorem mecz Francja - Chorwacja. Hiszpanie ewidentnie kibicowali przeciwko Francuzom. Co za sąsiedzka zawiść ;)
Obrazek
Pireneje
Obrazek
Lourdes
Następnego dnia kierowca udaje się do warsztatu, a my - korzystając z pięknej pogody, idziemy na górę, która dominuje nad miastem. Też dopiero później dowiaduję się, że był to Montcorbison. Ale od początku, najpierw poranny spacer po Viella, potem w górę, do sennej miejscowości Casau. Stąd wyraźną ścieżką w stronę lasu. Niestety, na jednej z polan ścieżka znika. Postanawiamy iść na przełaj, w górę. Część ekipy się odłączyła i wkrótce zginęli nam z oczu. Upał, ciężko zdobywało się wysokość. Wreszcie jesteśmy powyżej linii drzew, w pewnym momencie zacząłem się zsuwać po piargu, ale przytomny kolega poniżej podparł mi stopę ręką i w ten sposób pokonałem ruchoma pułapkę. Zbliżając się do szczytu zastaliśmy tam odłączoną ekipę. Widoki piękne, jak na dłoni masyw Maladeta z ośniezonym Pico d`Aneto na czele, po drugiej stronie malowniczy rejon Aigues Tortes. W drodze powrotnej zażyliśmy naturalnego prysznicu - pod wodospadem i pokierowaliśmy się w stronę widocznej szutrowej drogi wyprowadzającej na pastwiska. Zejście zajęło nam dłużej, niż planowaliśmy, bo zatrzymały nas pola ogromnych poziomek. Późnym popołudniem wróciliśmy do Viella, gdzie czekał na nas bus. Kierowca skłamał, że nie naprawili hamulców i że udamy się do Andory, gdzie będą części. Początkowo siedzieliśmy jak na szpilkach, ale potem nabraliśmy wątpliwości, że driver śmiało sobie poczyna na kolejnych ponad 2000 tys. przełęczach. Ne jednym z podjazdów tuż przed nami spadł i przetoczył się spory głaz. Mieliśmy szczęście. Pamiętam tekst jednego z uczestników, gdy stojąc na światłach w jednym z pirenejskich miast przyglądali się nam dziadkowie, siedzący przed domem - "Co Jasie, jedziemy do domu" - tak, całe 3 i pół tysiąca km z tej mieściny. Odnośnie naprawy - nie mieliśmy wystarczającej ilości waluty, ale jeden z kolegów miał rzecz niespotykaną - kartę do bankomatu, która nas poratowała. Zrezygnowaliśmy z Barcelony. Tuz przed 23.00 zawitaliśmy do Andory, gdzie zrobiliśmy zakupy w sklepie wolnocłowym, tuż przed jego zamknięciem. Było jeszcze jasno - jeszcze poszwendaliśmy się po uliczkach stolicy - Andory la Velli i przez wysoką przełęcz Pas de la Casa wkroczyliśmy znów do Francji. Po drugiej stronie granicy ujrzeliśmy nieziemski widok. Byliśmy ponad mgłą, którą od spodu na różowo podświetlały światła miasteczka w dolinie. a dookoła zarysy pirenejskich szczytów w świetle księżyca. Niestety, analogowy aparat nie dał rady tego sfotografować.
Obrazek
Aigues Tortes
Obrazek
Val d`Aran
Obrazek
Pireneje Francuskie
Obrazek
Maladeta z Pico dAneto
Tym razem noc spędziliśmy w aucie, kojarzę przez sen mury Cacrasonne, a potem nic, aż do momentu, gdy zbudziło mnie mocne hamowanie, tak, że spadłem z siedzenia. O świcie jakiś dureń w Porsche zajechał nam nagle drogę. Tylko refleks szofera spowodował uniknięcie wypadku. Nad ranem dotarliśmy nad Lazurowe Wybrzeże. Plażowanie odbyło się w Frejus. Wszyscy z zapałem wskoczyli do morza, cieszyły nas ogromne fale, podrywające nogi. Później wylegliśmy na ręcznikach i zmęczeni, posnęliśmy. Pobudka była niezbyt przyjemna - spaliło nas słońce. Wróciliśmy do busa i w ogromnym korku przemierzyliśmy słynne miasta - Cannes i Nicea. Wieczorem krótki pobyt w Monako. wszędzie bogactwo - a po przejechaniu tunelem do włoskiego Ventimiglia - kontrast, zabrudzone uliczki, pranie wywieszone przez okna. Jakby przejazd z nieba do piekła. Znów wracamy do Francji i nocujemy na małym postoju w Alpach Nadmorskich.
Obrazek
Obrazek
Kolejny dzień to przekroczenie granicy z Włochami tunelem Col di Tenda. Tutaj celnicy bez powodu odesłali nas na pobocze i czekaliśmy ponad godzinę, jak panowie oddali nam paszporty i pozwolili na kontynuowanie podróży. Cały dzień minął na jeździe przez północne Włochy i nocleg na fajnej łączce nad jeziorem Iseo. W jednym z przydrożnych barów zamawiamy Pizzę i oglądamy finał MŚ - Francja - Brazylia. Pospieszyliśmy sie o dzień - mogliśmy oglądać w kraju zdobywającym mistrza.

To już 11 dzień wyjazdu - najpierw pejzaże Jeziora garda i w Dolomity, pokonujemy kolejne przełęcze, zachwycając się kolejnymi górami, zatrzymujemy się na Passo Giau. Po naradzie ustalamy, że ja z kolegą idziemy na widoczny ponad przełęczą szczyt, a reszta poplącze się po okolicy. Szybkim tempem wchodzimy na jeden z wierzchołków Rifugio Nuvolau. Wracając napotykamy resztę ekipy, która też postanowiła mimo wszystko iść w góry, weszli na drugi z wierzchołków - Ra Gusela. Potem decyzja, że jedziemy do Wenecji. Problem ze znalezieniem miejsca na nocleg, jeden z parkingów okazał się być punktem usługowym ciemnoskórych panienek, więcej niż żwiru, było na nim gumek. Tak, że znów nocowaliśmy pod gołym niebem, przy, jak się nam wydawało, strumieniu. Był to raczej kanał ściekowy, strasznie pogryzły nas komary. Rankiem zwiedzanie Wenecji, które nie zachwyciła aż tak bardzo, boczne kanały to ścieki, rozsypujące się kamieniczki. Jedynie wokół Canale Grande i na Placu św. Marka było lepiej. Potem kolejne plażowanie - tym razem nad Adriatykiem w Eraclea Mare. Wieczorem przejeżdżamy przez Słowenię. Zaliczamy na szybko mostek na rzece Soca - a la Indiana Jones, z ogromnymi bunkrami po drugiej stronie i przełęcz Vrsić. Potem już tylko całonocna droga do domu. Wszystkich swędziała skóra z poparzenia na plaży we Francji.
Obrazek
Wenecja
Obrazek
Pale di Fobocon
Obrazek
Dolomity
Obrazek
Ra Gusela
Obrazek
Tofany i Cinque Torri

_________________
http://naszczytach.cba.pl/ Aktualizacja 2020 - nowe: Synaj, Niżne Tatry - Dżumbier, Mała Fatra - Wielki Rozsudziec i Wielki Krywań, Tatry - Gładki Wierch, Dolina Koprowa, Wielka Łomnicka Baszta i wiele innych. Zapraszam


Ostatnio edytowano N sty 31, 2016 9:18 pm przez gouter, łącznie edytowano 3 razy

Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt sty 22, 2016 5:30 pm 
Swój

Dołączył(a): Wt lip 27, 2010 10:55 am
Posty: 88
Lokalizacja: małopolska
Coś pięknego!


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: So sty 23, 2016 10:51 am 
Stracony

Dołączył(a): Pn lut 11, 2013 4:09 pm
Posty: 9871
Lokalizacja: FCZ
podobają mi się relacje wspomnieniowe -mają klimat

_________________
NIE MA LEPSZEGO OD MIĘGUSZA WIELKIEGO!


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn sty 25, 2016 2:41 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz cze 18, 2009 11:04 am
Posty: 10331
Lokalizacja: miasto100mostów
Świetne, prawdziwy eurotrip. Pamiętam jak w 1998 czy 1999 byłem z ojcem w Eindhoven sprowadzić samochód. Wtedy za Odrą był totalnie inny świat.

_________________
'Tatusiu, zostań w samochodzie, a my zobaczymy gdzie zaczyna się nasz szlak.'


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N sty 31, 2016 6:48 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr sie 31, 2005 7:05 am
Posty: 1590
Lokalizacja: Brzozówka k. Krakowa
Miałeś świetny pomysł. Przyjemnie się czytało i oglądało. Pogratulować też dobrej pamięci.
Niestety serwer hostigowy "pokazuje rogi" bo część zdjęć jest niedostępna. Gdzie te czasy, kiedy wrzucało się bez ograniczeń na fotosika czy imageshack :(.

_________________
Góry mogą zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi gór.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N sty 31, 2016 9:04 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn paź 29, 2007 8:31 pm
Posty: 3153
Lokalizacja: Nowy Sącz
Carcass napisał(a):
Niestety serwer hostigowy "pokazuje rogi" bo część zdjęć jest niedostępna. Gdzie te czasy, kiedy wrzucało się bez ograniczeń na fotosika czy imageshack

Zauważyłem, przeniosłem parę fotek gdzie indziej i dodałem przy okazji opisy

_________________
http://naszczytach.cba.pl/ Aktualizacja 2020 - nowe: Synaj, Niżne Tatry - Dżumbier, Mała Fatra - Wielki Rozsudziec i Wielki Krywań, Tatry - Gładki Wierch, Dolina Koprowa, Wielka Łomnicka Baszta i wiele innych. Zapraszam


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr lut 24, 2016 2:47 pm 
Kombatant

Dołączył(a): Wt lip 16, 2013 6:29 pm
Posty: 356
Lokalizacja: Kraków
A czy przypadkiem nie było w Waszej ekipie Jacka G.? Z Jastrzebika?
Tego z wyprawy na Makalu w 2011r?
A czy przypadkiem nie jeden z Was , z wielkim namaszczeniem nalał do butelki po Muszyniance wody ze świętego źródełka w Lourd , a inni , po pewnym czasie zużyli ją do zupek chinskich?


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr lut 24, 2016 4:23 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt maja 04, 2010 5:34 pm
Posty: 417
Lokalizacja: Rybnik / Piding
Hrabia napisał(a):
A czy przypadkiem nie jeden z Was , z wielkim namaszczeniem nalał do butelki po Muszyniance wody ze świętego źródełka w Lourd , a inni , po pewnym czasie zużyli ją do zupek chinskich?

:mrgreen:

Tyle zobaczyć w ciągu jednej wyprawy to naprawdę cooś :) I to musiało być naprawdę cooś, skoro tak dobrze utkwiło w Twojej pamięci. Fajnie się czytało.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lut 25, 2016 4:12 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn paź 29, 2007 8:31 pm
Posty: 3153
Lokalizacja: Nowy Sącz
Hrabia napisał(a):
A czy przypadkiem nie było w Waszej ekipie Jacka G.? Z Jastrzebika?
Tego z wyprawy na Makalu w 2011r?
A czy przypadkiem nie jeden z Was , z wielkim namaszczeniem nalał do butelki po Muszyniance wody ze świętego źródełka w Lourd , a inni , po pewnym czasie zużyli ją do zupek chinskich?

Tak, to ten, co wlazł wtedy na MB du Tacul, jeszcze, gdy skończyły się klocki hamulcowe w Pirenejach, liczyliśmy na cud - że się same naprawią.

_________________
http://naszczytach.cba.pl/ Aktualizacja 2020 - nowe: Synaj, Niżne Tatry - Dżumbier, Mała Fatra - Wielki Rozsudziec i Wielki Krywań, Tatry - Gładki Wierch, Dolina Koprowa, Wielka Łomnicka Baszta i wiele innych. Zapraszam


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lut 25, 2016 7:01 pm 
Kombatant

Dołączył(a): Wt lip 16, 2013 6:29 pm
Posty: 356
Lokalizacja: Kraków
No wlasnie tak podejrzewalem


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 10 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
cron
POWERED_BY
Polityka prywatności i ciasteczka
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL